W niklym zimowym swietle moje oczy sa zupelnie szare. W teczowkach ani sladu zlotych rozblyskow. Wytezam wzrok, ale ledwo dostrzegam granice miedzy zachmurzonym niebem i morzem. Sledze spienione grzywy fal. Huk sztormu jest ogluszajacy, a wiatr tak silny, ze pozbawil powietrze zapachow. Stapiam sie z monochromatycznym pejzazem. Powoli znikam. Wyrazny kontur rozmywa sie w miare jak ulatnia sie sens. Nie mialam pojecia jak bardzo te pare pracowitych godzin tygodniowo mnie okresla, buduje, ratuje, jak pozwala mi wierzyc w czlowieka i w siebie. A teraz, kiedy po prawie 10 latach szczescie sie ode mnie odwrocilo, potrafie tylko gapic sie w przestrzen. Uparcie, biernie, bezmyslnie. To byl rok pod znakiem straty nie do uniesienia. Nie wiem jak sie po czyms takim wraca. Do siebie.

z rejestru strasznych snow

Pierwszy oddech po przebudzeniu wlewa sie ogniem w piers. Swiadomosc wraca w migawkach, z ktorych kazda przypomina mi o jakiejs porazce. Podeptala mnie ta jesien. Poddalam sie bez walki, kiedy zobaczylam co zrobila z jarzebina.  Niby rozsadna strategia, bo ogranicza straty. Ale tyle z niej mam, ze teraz kazdy oddech boli. Bardzo.

Pod czujnym spojrzeniem babcinego portretu obserwuje pierwsza letnia ulewe tego maja. Otworzylam wszystkie okna, chlone jej zapach. Obok mnie koci ogon faluje z ekscytacja.

Twarz na portrecie jest dla mnie nieprzenikniona, podobnie jak losy samego przedmiotu. Podrozowal z babcia z Gdanska, przez krotkie przystanki w mniejszych miejscowosciach, az do Wroclawia, tylko po to, by 40 lat przelezec ukryty w szafie. Zaczelo sie od przypadkowego zachwytu niemieckiego fotografa nad uboga dziewczyna, ktora przyszla zrobic zdjecie do dokumentow. Wkrotce potem, ku przerazeniu glownej zainteresowanej, jej twarz zdobila witryne zakladu. Stary Niemiec podarowal jej duza oprawiona odbitke najlepszego ujecia. I portret zniknal, przechowywany, przewozony w ukryciu. O jego istnieniu dowiedzialam sie dopiero po studiach. Teraz jest moj. Przypomina o linii niezwyklych kobiet, z ktorych sie wywodze. Elza, Ursula, ktore z czasem w dokumentach magicznie zmienily sie w Elzbiete i Urszule. Dorastalam w przekonaniu, ze pierwsze z imion tlumaczy sie wprost jako lwica, tak silna byla legenda prababci. Przekaz plynacy dalej, przez Niedzwiedzice, pietnowal jezyk niemiecki, jako niegdys wlasny, lecz utracony bezpowrotnie, wyklety. Do tego stopnia, ze zatarla sie w rodzinnej pamieci prawidlowa pisownia panienskiego nazwiska prababci. Nic dziwnego, ze po kilku latach nauki, znam niemiecki slabo i tylko biernie:)

Zwierzece totemy na nic sie zdaly, zycie moich przodkin nie bylo szczesliwe. Patrze w oczy babci i powtarzam: na mnie sie to konczy. Nie tylko dlatego, ze jestem ostatnim ogniwem, ze nie przekaze dalej mocno juz rozcienczonej nuty blondu, niebieskich oczu i bagazu traum, ktore niepostrzezenie przesaczaja sie miedzy pokoleniami. Swiadomie wybieram zycie w zgodzie z soba, zamykam korowod cierpietnic z wyboru. Szanujac ich pamiec, odchodze w swoja przyszlosc.

mayday

Noc pachnie dzis oblednie. Smakuje wczesnym latem, wdziera się przez otwarte okna wraz z szumem rozmow, smiechu i muzyki. Sasiedzi swietuja weekend, ja siedze z ksiazka, a tak naprawde zastanawiam sie, co teraz robisz. Strumien mysli wydobywa kontur Twojej twarzy. W mojej glowie wlasnie sie usmiechasz. Nie przywyklam do spania w pojedynke. Zresztą w takie noce nie chce mi się spać. Jestem raczej gotowa siedzieć i czekać na wschód słońca. Wiec cierpliwie czekam – na Ciebie.

Po treningu, jaki wynioslam z domu, wiele lat i wiele kobiet zajelo mi oswajanie i akceptowanie mojego ciala. Czasem skora wydawala sie za ciasna, kiedy indziej ranily mnie ostre kontury kosci. Wbrew rodzinnym planom nie wyroslam na dystyngowana blond pieknosc. Ich rozczarowanie saczylo sie powoli i wsiakalo gleboko. Wstydzilam sie, nie chcialam sie dzielic z nikim tym bagazem.

Kobiety zdobywalam metodycznie i skutecznie, chyba nigdy swiadomie nie korzystajac przy tym z ciala jako przynety albo srodka do celu. Ciało bywało wtedy częściej przeszkoda. Wciąż odzyskuje je dla siebie kawałek po kawałku, jak niekompletną, kiepsko spasowaną układankę. Bolem i zmeczeniem miesni nieustannie zarysowuje jego granice, sprawdzam mozliwosci. Wiele potrafi, bywa dosc praktyczne, ale jeszcze nie zadomowilam sie w nim na dobre. I nigdy nie uwierze w jego piekno.

05.11

Na moment przed wlaczeniem latarni ulicznych zachod slonca i lekka mgla rozlaly sie za moim oknem niezwyklym rozowym swiatlem. Patrzymy z kotem jak roz ciemnieje; puszysty ogon wybija rytm mojego pulsu. Nie poszlam dzis do pracy. Zajelam sie wreszcie swoim zdrowiem i calkiem przypadkiem rozstalam z najwieksza pamiatka po dziadku. Maly rozowy volkswagen powedrowal rano w dobre rece innego starszego pana. Tymczasem roz za oknem wypalil sie i ustapil miejsca jaskrawym LEDom latarni. Ich biale swiato przegania mnie od okna, a w skroni budzi migrenowy pomruk.
Czas na zmiany, trzeba zwolnic, zwolnic troche miejsca.

140

My, dziewczyny z korporacji. Na wszystko mamy sposob. Lekkostrawna dieta na zaleczenie wrzodow zoladka, ziolowa herbata na ukojenie nerwow, gumowe pileczki do wgniatania w nie frustracji. Jestesmy nie do zdarcia. Z zapalem analizujemy dane, wyplatamy z nich miesiste raporty, wypaczamy jezyk, by to wszystko nazwac i opisac. Calymi dniami przeklikujemy iluzje. Po godzinach, gdy mowimy o pracy – zawsze przy alkoholu – smiejemy sie troche zbyt glosno. Bo dociera do nas, jak latwo w tym biegu cos przeoczyc, cos czego nie da sie skorygowac prosta formula w excelu. Sa straty, ktorych nie mozna wrzucic w koszty. Na wszystko mamy sposob. Wspieramy sie wiec, bo ubytkow sensu nie da sie zalatac w pojedynke.

bilans

trzydziestka zobowiazuje. kryzys, czas zyciowych rozliczen, przelomowe decyzje na te przelomowa chwile – takie sa oczekiwania otoczenia. jak im sprostac?

ostatnio rzeczywiscie zdarza mi sie ogladac za siebie i w chwilach samotnosci rysuje wzorki w kurzu pokrywajacym wspomnienia ostatnich 10 lat. przez ten czas wiele z nich zmatowialo, ulotnil sie ich urok, groza albo po prostu sens. przypominaja raczej jednolita zbita mase, skalny wystep, na ktorym opieram stope rozgladajac sie za kolejnym punktem zaczepienia. nie mysle o silnym wybiciu, o nowym otwarciu, raczej utrzymuje tempo, pozwalajac rekom i stopom intuicyjnie odnajdywac droge.

jesli zmusisz mnie do podsumowan, powiem Ci, ze moje zycie jest ciagiem szczesliwych przypadkow, sprzyjajacych okolicznosci, niezle konczacych sie porazek. ze nie musze rozgladac sie za zbiegami okolicznosci, tak licznymi, ze raczej trudno je ignorowac – a kazdy z nich obiecuje nowa droge. powiem Ci, ze jesli czegos mi brakowalo, to zawsze odwagi. racjonalny umysl, pracowitosc, umiejetnosci, czy nawet jakis talent nie wystarcza. za duzo bylo obaw i niecheci wobec zmiany. ale chociaz ‚uogolnione poczucie porazki’ powinnam miec wpisane w znakach szczegolnych, bilans za kazdym razem obliczam na plus. duzo sie nauczylam. mam bardzo wiele, tu i teraz. nie spiesze sie, szukam kolejnego podparcia dla stopy, dlonie mam suche, ruchy pewne.